Strona główna

All About Me, Rozmyslania I Ból



Słucham właśnie Tatu, ‘All About Us’, podesłanego mi przez pewnego prześlicznego *kaszl* chłopca. Pamiętaj mój drogi, jak jeszcze ktoś powie ci, że jesteś brzydki, bitchslap tę ohydę ;*


‘It’s all about us...’. Ale moja piosenka powinna brzmieć: ‘It’s all about me...’.

Jest taka piosenka, tylko nie pamiętam czyja. W zasadzie ostatnio w kółko słucham ‘I Want Love’ z Silent Hill 3 i ‘Suicide Note’ z The Underground. Współgrają z moim samopoczuciem. A tak poza tym, Lacuna Coil.

Nie, nie mam myśli samobójczych, mam nadzieję, że już dawno przez to przeszedłem. Może to właśnie znak, że nie jest ze mną źle – fakt, że nie chcę ukrywać tego, co mnie boli, i co sprawia, że jestem wściekły na cały świat. Nie mam ochoty nosić teraz maski. Ale wciąż muszę dzielić świat na ten mój, prywatny, i na ten zewnętrzny, choćby z powodu szacunku dla pewnych osób.

Zresztą, ból jest, i nie jest jednocześnie, przereklamowany. Zależy jaki ból. Czasem może człowieka zmęczyć, nawet ten najsłodszy, kiedy zostanie doprawiony goryczą.

Chyba właśnie osiągnąłem ten stan. Stan, w którym zmęczenie osiąga przewagę nad chęciami, i sam fakt tego boli. To, że człowiek nie chce się już starać.

Bardzo bym chciał. Bardzo bym chciał wiele rzeczy. Ale są dla mnie niedostępne. Ta najważniejsza jest dla mnie całkowicie niedostępna. Nigdy nie będę miał w sercu tej drugiej osoby takiego miejsca, jakie bym pragnął mieć na własność. Nigdy nie będę mieć tej osoby, po prostu. Ale fakt istniejących uczuć pozostaje.

Po pewnym czasie mimo wszystko skóra staje się grubsza, trudniejsza do przebicia. A kiedy małe ukłucia w serce osiągną masę krytyczną, chcemy nawet świadomie skrzywdzić osobę, która nam to zrobiła. Chciałbym to zrobić. Pewnie w jakiś sposób to robię teraz, chociaż nie zamierzam. Jestem zły, jestem głęboko zraniony, kolejny raz.

I mam dosyć wyciągania ręki, kiedy wina nie leży po mojej stronie. Nie wymagałem, przynajmniej tak uważam, niczego poza odrobiną szacunku do mojej osoby i mojego czasu. Tylko wzięcia pod uwagę mnie. Mojej osoby. Moich uczuć. Tylko tego, co wynika z etykiety relacji międzyludzkich.

Wiele innych rzeczy mogłem znieść. Znosiłem. I za każdym razem wyciągałem rękę, kiedy druga osoba nie była w stanie nawet przeprosić sama z siebie, tylko ukrywała się za wymówkami. Obiecywała, że takie sytuacje się nie powtórzą. I, oczywiście, robiła to samo, od początku. W kółko.

Zaufanie. To najważniejsze moim zdaniem. I moje zaufanie do tej osoby było coraz bardziej podmywane przez te małe rzeczy, które z czasem urastały do rozmiarów makabrycznych. To straszne uczucie, kiedy traci się zaufanie do osoby, na której wam zależy.

W końcu stało się. Głupia sytuacja, w zasadzie nic ważnego, ale jak zwykle rozwinęła się wielce, może nawet niepomiernie, szczególnie, że na podłożu poprzedniego konfliktu.

Moja osoba dostała dwie szanse, by powiedzieć mi coś, najpierw jako żart. Potem na poważnie. W obu przypadkach zaprzeczyła. Zaprzeczenie było kłamstwem. W zasadzie ostatnia kroplą, która zmieniła smak wszystkiego na gorycz.

Teraz ta osoba oczywiście kreuje wszystko na jakąś wyższą siłę, swój mankament, którego nie może zmienić. Użala się nad sobą, z jednej strony na niby akceptując swoja winę, mimo wszystko przekształcając ja na coś zewnętrznego – tak, że to nie ona jest winna. To świat jest winny. Ona nie jest winna, bo tak nie zamierzała. Więc użala się nad sobą, dając to do zrozumienia poprzez wiadomości, które zostawia gdzieś indziej. I oczywiście, wszyscy znajomi, którzy zawsze będą stać po jej stronie, będą mnie oczywiście uważać za złego i nieodpowiedzialnego.

To również jest kłamstwo, lecz o wiele bardziej pokrętne, i jeszcze bardziej dotkliwe. Tak samo, jak mówienie, że jej na mnie zależy. Skoro tak, to czemu nic nie próbuje zrobić?

Mam dosyć wyciągania ręki. Mam dosyć samoistnego podmywania sensu jakiegokolwiek uczucia (mojego, nie tej osoby). Mam dosyć bezsilności.

Więc niniejszym składam wszystko na ręce tej drugiej osoby. Ja w tej chwili nie będę się starać, nie będę próbować. To nie moja wina. Nie zamierzam kolejny raz udawać, że nic się nie stało, nawet, jeśli mam sam sobie tym sprawiać ból. Nie muszę być wobec tej osoby radosny na siłę. Nie muszę, tak po prostu.

Zresztą, już przez kilka dni moja osoba mogła się odezwać. Nie zrobiła tego.

Morał wydaje się tylko jeden.

To też boli jak diabli. Bardzo mocno. Bardzo, bardzo mocno, tak bardzo, że aż dusi. Ale mam nadzieję, że przeżyję. Tak to już bywa z życiem i jego paskudnymi żartami. Żałuję, że nie przepadam za alkoholem, wtedy bym się upił.



ladyoaks 2005-09-03 23:07:40
skomentuj (1)